Tosia POV’S
Piątek. Dzień tego
beznadziejnego koncertu, jeszcze bardziej beznadziejnego wykonawcy. Jednym
słowem : „Kurwa”.
Zaparkowałam moim
kochanym samochodzikiem (który dostałam na dziewiętnaste urodziny od rodziców,
zaraz po tym jak zdałam egzamin na prawo jazdy) na parkingu niedaleko placu na
którym miał się odbyć koncert. Ściemniało się. Pod sceną stał już tłum bachorów
piszczących i wyglądających tak, jakby miały się zaraz posikać z wrażenia. Cała
rzekoma „rodzina” mojej przyjaciółki wyglądała może na max trzynaście lat, może
kilka miało czternaście.
Spojrzałam na Fran.
- Nie wierzę w to,
co właśnie robię – oznajmiłam.
- Ja też nie –
odpowiedziała, chyba nie rozumiejąc ironii.
Wysiadłyśmy z
samochodu i ruszyłyśmy ramie w ramię w stronę rozwrzeszczanych dzieciaków.
Rzuciła mi
spojrzenie, pełne rozbawienia.
- Wiesz, że nie mam
zatyczek do uszów?
- Wiem – przyznałam
próbując udać ponurą. Szczerze mówiąc cała ta dzieciarnia rozbawiła mnie do
takiego stopnia, że nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. – To kiedy to się
zaczyna? Chciałabym mieć to z głowy.
- Za piętnaście minut.
Jakoś przepchałyśmy
się pod samą scenę. Poczułam typowy imprezowy zapach głośników i sprzętu.
Wiecie, taki typowy zapach koncertu. Zewsząd dobiegały mnie krzyki dziewczynek
wokół mnie.
Kiedy minęło te
piętnaście minut udręki zabrzmiały pierwsze dźwięki piosenki „Jak To” (tak nie
lubię go, wręcz nie znoszę, ale Frania męczyła mnie przez ostatni tydzień jego
piosenkami tyle razy, że cudem było by tego nie zapamiętać). Na scenę wbiegł
Kwiatkowski ubrany w czarne rurki z opuszczonymi szelkami, białe conversy i
białą luźna bokserkę
No dobra, muszę
przyznać był nawet przystojny, z resztą jego twarz wydawała mi się znajoma (to
pewnie dlatego, że Fan ma go na tapecie). Przystojny, uroczy i … pociągający
(?!).
EJ, EJ! – pomyślałam. – Przystopuj panienko, bo się zagalopowałaś.
On nigdy nie będzie pociągający! Jest obrzydliwy! Zapamiętaj to sobie.
Ale jednak coś w
nim było takiego, co mnie do niego ciągnęło. Czy to był skutek tego, iż zdawało
mi się, że się cały czas na mnie patrzy?
Yy… On się patrzy na MNIE?
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Naprawdę się na mnie
patrzył! Nie to, że od razu zaczęłam go ubóstwiać i te sprawy. Co to, to nie.
Fuj.
Przez resztę
koncertu próbowałam nie zwracać na to uwagi.
Dawid POV’S
Ta dziewczyna. Jej twarz. Dziwnie znajoma. I
piękna – pomyślałem przechadzając się po pustym placu i paląc zwoje
ukochane, cienkie, miętowe Malboro. Jej widok dał mi siłę na cały koncert i
wyszedł niesamowicie!
Dreptcząc po
betonie ujrzałem na ziemi jakiś błyszczący przedmiot. Podniosłem go. To były
kluczyki do samochodu.
Rzuciłem na ziemie
spalonego papierosa i jeszcze dal pewności go przydeptałem. Ruszałem właśnie
zza kulisy, kiedy zobaczyłem jakiś ruch z prawej strony. Nie Mogłem uwierzyć
własnym oczom. To jest ona! Rozglądała się nerwowo.
Podbiegłem do Niej.
- Hej – zagadnąłem.
Spojrzała się na mnie dziwny wzrokiem, który dodał jej tyko słodkiego uroku.
Jej kasztanowe długie loki opadały lekko na ramiona. Jej idealne usta
wykrzywiły się w krzywym uśmiechu. – Znalazłem kluczyki do samochodu i chciałem
spytać czy to twoje. Twoje? – spytałem.
Spojrzała na moje
ręce.
- Moje – spuściła
głowę i wyrwała mi z dłoni podawane kluczyki.
- Jestem Dawid – podałem
jej rękę na przywitanie opierając się o drzwi do miejsca kierowcy jej
samochodu, które właśnie chciała otworzyć.
- Wiem kim jesteś – spojrzała mi prosto w oczy
wściekłym wzrokiem. – Nie musisz się przedstawiać. To, że coś, niby, osiągnąłeś
w życiu nie znaczy, że każda laska będzie srać na twój widok z wrażenia. –
rzuciła ostro.
Te oczy… O barwie ciemnej czekolady. Także
znajome – rozmarzyłem się w myślach. – Piękne…
Zacząłem grzebać w pamięci. Znam te oczy. Znam tą twarz.
Kołobrzeg… Wakacje… Plaża… Oddanie łopatki…
„Tosia”… „Tosia? To śmieszne imię”… „Wiem”… Śmiech… Krzyk mamy… „Muszę iść.
Wracam do domu”… „Ja też wracam do domu”… Twarz… Oczy…
- Tosia?! – spytałem niewiele myśląc.
Uniosła głowę.
Byłem od niej o tą głowę wyższy, więc musiała ją wręcz zadzierać do góry.
- No wiesz –
zacząłem jej tłumaczyć. – W wakacje, dawno, dawno, się spotkaliśmy. Oddałem ci
łopatkę. Przedstawiłem się. Pamiętasz?
- Nie wiem o co ci
chodzi – stwierdziła chociaż zdawało mi się, że wręcz aż nadto zrozumiała o co
mi chodzi.
Zmarszczyłem brwi.
- Ależ wiesz.
- Nie, nie wiem –
spróbowała mnie odepchnąć od drzwi, ale stałem nieugięty. Zgromiła mnie
wzrokiem. – Odsuń się – wycedziła przez zęby.
Urzeczony jej
spojrzeniem odsunąłem się posłusznie.
- Fran, wsiadaj –
krzyknęła do koleżanki, która stała po drugiej stronie samochodu chamsko się na
nas patrząc. Dopiero teraz ją zauważyłem. Wsiadła szybko.
Odjechały szybko z
piskiem opon, a ja wpatrywałem się w miejsce gdzie zniknęły kierując się do
centrum.
- Znajdę Cię –
powiedziałem do niej, chociaż mnie nie mogła usłyszeć. – Wiem, że pamiętasz.
Musisz pamiętać, a jak nie to ci przypomnę sam.
Dopiero po chwili
zrozumiałem to co powiedziałem. I zrozumiałem, że jestem ją zauroczony, i to na
maxa. Gdybym miał prawko (i samochód) pojechałbym teraz za nią, ale no cóż. Nie
chcę łamać przepisów.
Ruszyłem zza kulisy
myśląc o Tosi, o jej oczach, ustach…
........................................................... .............. ................................................................ ...
Ten rozdzial dodaje tak pozno, gdyz poniewaz wyjechalam na pare dnj. ale juz jestem.
Komentujemy, komentujemy xd
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz